18.09.2015

Veggie: risotto z pieczonymi buraczkami



Lubicie gotować? Bo ja bardzo:)
I bardzo mnie cieszy moda na gotowanie, która  zapanowała od kilku lat, na niemal całym świecie. 
Dzięki temu, że gotowanie stało się powszechne i wszechobecne, powstała niezliczona ilość pozycji poświęconych sztuce kulinarnej: pięknych książek kucharskich, kulinarnych blogów, programów telewizyjnych z udziałem mistrzów i pretendentów do tytułu szefa kuchni. Jest w czym wybierać i szukać- nie tylko inspiracji do przygotowania wyrafinowanych potraw na eleganckie przyjęcia, ale i codziennego gotowania dla rodziny. 
Zresztą tak naprawdę ten drugi wariant jest chyba znacznie trudniejszy, bo zaproszonym gościom wypada pochwalić to, co podano na stół, natomiast rodzina, a przede wszystkim dzieci, to najsurowszy krytyk kulinarny:)
Na dodatek to, co gotujemy dla dzieci musi być nie tylko smaczne, ale też bardzo zdrowe.
W końcu czym skorupka za młodu...
Dodatkowa trudność pojawia się kiedy nasze dziecko oznajmia nam, że postanowiło "od dzisiaj" zostać wegetarianinem. 
A my o wegetarianizmie mamy dość mgliste pojęcie i nagle w kilka dni musimy przeprogramować domową kuchnię na nieco inny sposób gotowania: żeby było nie tylko smacznie i zdrowo, ale też "veggie"
Pewnie się domyślacie, że takie zadanie dostałam też i ja:) Dokładnie przed trzema miesiącami moja Maja postanowiła, że będzie wegetarianką, a ja nie miałam innego wyjścia jak tylko się zgodzić i ustalić nowe menu. Menu nie tylko dla niej, ale również dla wszystkich domowników, bo trudno w dużej rodzinie gotować dla każdego coś zupełnie innego. Musiałam nauczyć się w jaki sposób łączyć wegetariańskie posiłki dla Mai (i w efekcie po kilku tygodniach dla mnie też:)) z obowiązkową porcją mięsa dla chłopaków. 
 Po trzech miesiącach szukania ciekawych, a przy tym dobrze zbilansowanych dań dla jedenastolatki, odkryłam mnóstwo  niezwykłych smaków i zaskakujących  potraw z kuchni całego świata. A ponieważ czuję, że powoli przechodzę na poziom "veggie expert", więc postanowiłam podzielić się z wami kilkoma sprawdzonymi przepisami. 

Dzisiaj zatem jako pierwsze moje ulubione risotto z pieczonymi buraczkami.
(pieczone buraczki same w sobie są tak pyszne, że warto przygotować ich więcej niż w przepisie)



Risotto z pieczonymi buraczkami

- 1 kg niedużych buraków
- 1 biała cebula
- 350 g ryżu arborio (lub innego do risotto)
- 1 litr bulionu warzywnego
- kieliszek czerwonego wina
- oliwa
- 2 łyżki masła
- 2 łyżki świeżo startego parmezanu
- gałązka świeżego rozmarynu i trzy gałązki świeżego tymianku
- cukier, pieprz i sól (ja użyłam soli Nicolas Vahe z dodatkiem buraka i szalotki)

Rozgrzać piekarnik do 180 st. C, buraczki obrać, pokroić na ćwiartki, posypać cukrem, solą, skropić oliwą i piec ok 30-40 minut. W tym czasie w głębokim rondlu rozgrzać 2 łyżki oliwy, zeszklić pokrojoną drobno cebulę, wsypać i ryż i smażyć przez kilka minut aż ryż wchłonie oliwę. Dodać posiekany tymianek i rozmaryn, wlać wino i znów chwilę gotować, żeby ryż je wchłonął. Potem porcjami dodawać bulion, co chwilę mieszając. Po około 20 minutach, kiedy ryż stanie się miękki dodać 3/4 buraczków, wymieszać, dodać masło i parmezan. Ozdobić pozostałą częścią buraków, igiełkami rozmarynu i podawać ciepłe.
Jeśli zostanie trochę takiego risotto z obiadu,  następnego dnia pakuję je do pojemnika i mam doskonały zimnu lunch. 
Dla moich mięsożerców do tego dania piekę pierś z indyka faszerowaną szpinakiem i fetą





















Smacznego i miłego ostatniego weekendu lata!






15.09.2015

Coffee corner


Ale ten czas szybko płynie- niedawno zaczęło się lato, a już za chwilę będzie jesień!
A mój blog zaniedbany, opuszczony, pokryty grubą warstwą kurzu… Na szczęście nie dotyczy to Kalinek, które tego lata rozkwitły i wypiękniały po kolejnym remoncie. Tego lata udało nam się wymienić stare okna i zrobić lifting elewacji, pozbywając się przy okazji niebezpiecznych, azbestowych okładzin, ale o tym innym razem.
Dzisiaj chciałabym Wam pokazać nowe miejsce, które wygospodarowałam pomiędzy kuchnią i livingiem i które nas, wielbicieli kawy, cieszyło przez cale lato.
Nazwaliśmy je kącikiem kawowym- bo do tego właśnie służy. Do robienia kawy: porannej, popołudniowej, wieczornej, czarnej, białej, gorącej i mrożonej itd.:)
Miałam zamiar napisać o nim zaraz na początku wakacji, ale niestety (a  może na szczęście?:)) na Kalinkach nie mamy internetu… Czasami udaje się go złapać w telefonie, ale na napisanie posta to zdecydowanie za mało.
Piszę więc dopiero dzisiaj, po ogarnięciu początku roku szkolnego moich dzieci i tysiąca spraw do załatwienia, które pojawiły się po wakacjach (łącznie z remontem trójmiejskiego mieszkania naszej najstarszej pociechy- klick - tu prace trochę się przedłużyły, ale będzie cudnie!)
Wracając jednak do tematu tego posta- kącik powstał dzięki jednej, nieprzemyślanej do końca decyzji zakupu wyspy kuchennej, o czym pisałam rok temu- TUTAJ
Po ustawieniu tego mebla na środku kuchni/livingu- okazało się, że tzw. wyspa po prostu mi… przeszkadza:)) Wciąż na nią wpadałam, zapominając, że tam stoi. Po kilku kolejnych siniakach ze złością przestawiłam ją pod ścianę. I wtedy zupełnie przypadkowo dostała drugie życie, stając się "barem kawowym"



Oprócz mojego ulubionego dzbanka do parzenia kawy typu "french press", w kaciku pojawił się też prosty ekspres z serii Tassimo. Kupiłam go na prośbę moich dzieci, bo oprócz kawy robi gorącą czekoladę:)









Do bocznej ścianki "wyspy" przykręciłam też malutkie haczyki (z marketu budowlanego), które pełnią teraz rolę wieszaczków na koszyczek na różne "bardzo potrzebne rzeczy"




Jednak pomimo posiadania takiego kącika kawowego, kawę i tak pijemy na werandzie, bo tam jest najprzyjemniej- szczególnie wtedy kiedy lato rozpieszcza nas taką piękną pogodą. Bo na pogodę latem tego roku narzekać nie można- była przecudna:)




Pozdrawiam Was bardzo cieplutko w ostatnie dni lata!

Pa!

 Kalinka:)








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kalinka