11.02.2014

AKADEMIA NIKONA i co nieco o podróżach


Kiedy ponad dwa lata temu zakładałam bloga wydawało mi się, że pisanie postów jest bardzo łatwą i nieskomplikowaną sprawą. Szczególnie tych dokumentujących postępy remontu naszego letniska- temat dobrze znany, wystarczy zrobić kilka zdjęć, ubrać myśli w słowa i post gotowy:)  
I oczywiście na początku tak właśnie było- robiłam zdjęcia moim wysłużonym kompaktem, pisałam kilka słów i cieszyłam się przede wszystkim z... postępów w remoncie. Jednak zaglądając na wiele blogów, gdzie treści towarzyszyły bardzo piękne, pełne światła zdjęcia,  myślałam sobie, że bardzo chciałabym robić podobne:)
Było to marzenie mało realne, ponieważ nigdy wcześniej nie interesowałam się fotografią i o fotografowaniu miałam bardzo mgliste pojęcie, ale od czego są książki, magazyny fotograficzne i setki stron poświęconych tej tematyce w sieci. Przyjęłam więc sporą dawkę wiedzy teoretycznej, z której wynikało jednoznacznie, ze muszę... kupić sobie nowy aparat. Oczywiście ambitnie zakupiłam lustrzankę. Pierwszą w życiu, więc sporo czasu mi zajęło zanim ją oswoiłam.
 Mam ją już ponad rok i sporo zdjęć udaje mi się zrobić tak, jak zaplanowałam, ale muszę się wam przyznać moi drodzy, że zdarza mi się zrobić dużo zdjęć i wszystkie lądują w koszu, bo kompletnie nie wyszły i tym sposobem wiele postów, które chciałam napisać nigdy nie ujrzało światła dziennego:P  Z jednej strony jest to oczywiście źródłem frustracji, ale jednocześnie przez te  kilkanaście miesięcy tak polubiłam fotografowanie, że postanowiłam coś z tą moją niemocą zrobić:)
Doszłam do punktu kiedy wiedza teoretyczna, nabywana z książek potrzebuje praktycznego wsparcia i zapisałam sie na kurs fotografii do Akademii Nikona
(dla niewtajemniczonych: mam aparat Nikon D5100, więc mój wybór był dość oczywisty, chociaż oferta kursów i warsztatów fotograficznych jest na rynku bardzo duża i każdy bez problemu może znaleźć coś dla siebie).
Wybrałam kurs "Lustrzanka cyfrowa dla początkujących" i przyznam, że spełnił on w stu procentach moje oczekiwania. Na dodatek nie był nudny, jak to często bywa na wielu kursach pt. "podstawy". Bo podstawy to wiadomo: definicje, twierdzenia, określenia, terminy... Okazało się jednak, że nawet tak niewdzięczny temat, jak wprowadzenie do przedmiotu, można przedstawić jasno i prosto, żeby nie zamęczyć słuchacza. Poza tym prowadzący zajęcia Paweł Duma oprócz tego, że jest ekspertem w swojej dziedzinie, to jest też pasjonatem mogącym bez końca opowiadać o tym co robi- a takich ludzi można słuchać godzinami. Oczywiście te osiem godzin kursu to nie tylko przegadana teoria, ale też praktyczne i przyjemne zajęcia z fotografowania na zewnątrz- nam na dodatek trafiła się w Łodzi słoneczna, niemal wiosenna pogoda:)







powyżej "wprawki" z kursu,

poniżej zdjęcie zrobione telefonem: mój Nikon i książka "Radość fotografowania", którą dostałam na kursie




Pozdrawiam was serdecznie i znikam na jakiś czas z wirtualnego świata. 
Przed nami pełen emocji tydzień, ponieważ za kilka dni najstarsza córka wyjeżdża na półroczne stypendium do Pekinu i sporo spraw musimy jeszcze ogarnąć. I nacieszyć się jej obecnością:) 
Jak wam już pisałam moja Misia studiuje sinologię na UG, więc w czasie roku akademickiego w domu jest nie za często, bo  podróż między Łodzią a Gdańskiem zajmuje jednak kilka długich godzin. 
No a teraz zobaczymy się dopiero za pół roku- najprawdopodobniej w Chinach:)
Tak, tak- to nasz cel wakacyjnej wyprawy, który bardzo chcielibyśmy zrealizować.
 Na razie czytamy, planujemy trasę i zbieramy fundusze:)

Uff! Ale się dzisiaj rozpisałam;) Jeśli dotarliście do końca tego długiego posta, to na koniecznie posłuchajcie jeszcze wielkiego chińskiego przeboju, który śpiewa bezkonkurencyjny  JJ Lin 

http://www.youtube.com/watch?v=_GrTlZOGVic




słucham go dzisiaj już po raz chyba dziesiąty i zachwycam się jak chińska nastolatka:)

Pa!

再見



07.02.2014

Apple tart IL czyli jak sobie poradzic bez kuchennej wagi...


Czy też tak macie, że nie lubicie skomplikowanych przepisów, gdzie wszystko trzeba dokładnie odważyć i zmierzyć?
 Bo ja tak. I chociaż bardzo lubię moją wagę kuchenną, to najchętniej korzystam z przepisów, w których ilość składników podana jest np. w szklankach, filiżankach lub łyżkach:)
Z drugiej jednak strony, o ile łyżka stołowa jest w zasadzie zawsze taka sama, to szklanka szklance nierówna i niestety mogą różnić się bardzo znacznie swoją objętością (od 180 ml do 250 ml), więc nigdy nie wiadomo "co autor miał na myśli". 
Przy takich różnicach o błąd nietrudno, a ma to szczególne znaczenie przy pieczeniu ciast, gdzie zachowanie proporcji jest bardzo ważne. 
Dlatego ja ostatnio postanowiłam ujednolicić sobie kilka ulubionych przepisów, stosując do nich jedną prostą miarkę, która znana jest chyba zdecydowanej większości blogerek:)




Mam na myśli najbardziej rozpoznawalne naczynie z kolekcji duńskiej firmy Ib Laursen czyli charakterystyczną 
MAŁĄ MISECZKĘ Z DZIÓBKIEM
Znacie na pewno:) 
300 ml czystej radości (kiedy jest pełna)  albo 250 ml, kiedy napełnimy ja pod dzióbek...

A zatem dzisiaj przepis na pyszną tartę jabłkową,  
w którym to przepisie oznaczenie  1 IL =1 mała miseczka od Ib Laursen




TARTA JABŁKOWA Z SEROWĄ MASĄ:

Na ciasto:
- 1 IL mąki
- 1/2 IL masła
- 1/3 IL cukru

Na masę serową:
-1 IL homogenizowanego naturalnego serka
-1/4 IL cukru
-2 jajka
-1 laska wanilii

Na wierzch ciasta:
-4 czerwone jabłka
-1 łyżeczka cynamonu
-1/4 IL migdałów krojonych w słupki

Nagrzać piekarnik do 200 st Celsjusza (z temoobiegiem do 175 st. C).Zagnieść ciasto, wyłożyc nim tortownicę o średnicy ok. 26 cm i wstawić do piekarnika na ok. 15 min.  W tym czasie zmiksować razem serek, nasiona wanilii, cukier i jajka na gladka masę. Pokroić jabłka na zgrabne cząstki. Wyjąć ciasto z piekarnika kiedy będzie złociste, wyłożyc na nie masę serową, na masie ułożyć jabłka, posypać je cynamonem i migdałami i wstawić do piekarnika Piec okolo 40 minut. 
Łatwe, prawda?



to jest tarta przed upieczeniem




A tu upieczona, w towarzystwie pysznej jabłkowo- cynamonowej herbatki z Løv Organic
O mojej miłości do tych doskonałych herbat pisałam już TUTAJ
Bez kubka herbaty nie wyobrażam sobie wieczoru...
Bo o ile przez cały dzień, szczególnie w pracy i po pracy piję głównie kawę, to wieczorem obowiązkowa jest herbata. Jedna, druga, trzecia... Zielona, owocowa, czarna aromatyzowana, albo zwykła czarna z mlekiem lub z plasterkiem cytryny... 

 "Zrobisz herbatę?":)








 Porcelana Green Gate: dzbanek i kubki Naomi beige, forma Spot beige,




Miłego, olimpijskiego weekendu Kochani!


05.02.2014

Lexington Spring/Summer 2014


Łyk pięknych inspiracji z nowego katalogu firmy Lexington na wiosnę i lato 2014.
Jak zwykle lekko, świeżo, w ponadczasowym stylu letnich domów w Hamptons

Czy muszę wam mówić, że chciałabym mieć w kalinkowym domku właściwie wszystko z tego katologu:) 






















A na moim świeżutkim profilu FB znajdziecie film z tą kolekcją 

Pa!


03.02.2014

MAGIC OF THE MOUNTAINS


Tak, jak już napisałam w poprzednim poście nasz tegoroczny wyjazd narciarski był wyjątkowy udany i to z wielu względów. Przede wszystkim trafiliśmy na wspaniałą pogodę, która jak wiadomo jest najbardziej kapryśnym i najmniej przewidywalnym elementem na nartach. Przez pierwsze dwa dni napadało nam dużo świeżego śniegu i zrobiły się idealne warunki na stokach; a potem przez kolejne dni było bardzo słonecznie z niewielkim tylko mrozem- lepszej pogody na nartach mieć nie można.
Pogoda trafiona w dziesiątkę, co cieszyło nas tym bardziej, że zmieniliśmy plany właściwie w ostatniej chwili i z powodu braku śniegu zamiast w polskie lub czeskie góry- co planowaliśmy od kilku tygodni- pojechaliśmy do Flachau w Austrii. Bardzo żałowałam, że nie udało nam się ponownie pojechać do Korbielowa, ale niestety szalejący w grudniu huragan Ksawery zniszczył tam wyciągi  i stoki i nie wiadomo nawet czy nasze ulubione stoki Korbielowa ruszą w tym roku ponownie. 
 Ski Amade natomiast przywitało nas wielką ilością nowoczesnych wyciągów i super przygotowanych stoków- prawdziwy narciarski raj, gdzie na dobrą sprawę trudno w ciągu tygodnia objechać te dziesiątki kilometrów tras.


Ponieważ miejsca noclegowego szukaliśmy też w ostatniej chwili, to wybór mieliśmy niezbyt duży i zupełnie przypadkowo trafiliśmy do domu położonego wysoko w górach gdzie dojazd był dość karkołomny, ale za to jak już sie tam znależliśmy, to mogliśmy podziwiać niesamowity widok na całą dolinę






Właścicielka domu ma 5 cudnych kotów- to najbardziej ciekawski z nich:)



 






A to piękna miejscowość Altenmarkt im Pongau




No i oczywiście kilka zdjęć ze stoku- robione telefonem dlatego, że nie lubię zabierać na stok większego sprzętu-liczy się przede wszystkim przyjemność z jazdy:)  Bo nie tylko widoki w górach są magiczne. W samym narciarstwie jest też jakaś magia- ruch na świeżym, mroźnym powietrzu daje dawkę energii, która wystarcza na kilka kolejnych miesięcy. 
Dla mnie od lat zimowy urlop jest znacznie ważniejszy od letniego- bądź co bądź dużo dłuższego- bo po tygodniu zimowych ferii wracam bardziej wypoczęta i naładowana pozytywną energią niz nawet po 3-4 leniwych tygodniach w letnim ciepełku:)














Oczywiście nawet najbardziej zawzięci narciarze muszą kiedyś odpocząć i tu dochodzimy do kolejnego ważnego punktu czyli tzw. narciarstwa barowego
Jedni tę dyscyplinę uprawiają częściej, inni znacznie rzadziej
Ja przyznam się, ze lubię co jakiś czas usiąść w barze na stoku i wypić kawę, bez której żyć nie potrafię
lub kubek "kultowego" grzanego wina, który w magiczny sposób zmienia perspektywę i nawet najtrudniejsze stoki wydają sie być znacznie mniej strome, a wiatr nie taki przenikliwy:P





Warto tez uzupełnić kalorie zjadając przepyszny Apfelstrudel , albo równie kuszący Germknödel mit Vanillesauce grubo posypany mielonym makiem (niestety zdjęcia nie zrobiłam, bo byłam zbyt głodna i o fotografowaniu pomyślałam dopiero kiedy na dnie talerza zostało mi tylko trochę sosu:)) No i oczywiście Kaiserschmarrn, które moje dzieci nazywają cesarskie smary (albo jeszcze bardziej niepolitycznie;))


Z tej uroczej knajpeczki na stoku jest piękny widok na trasy i narciarzy- lubię patrzeć na kolorowy tłumek i podziwiać co bardziej efektowne narciarskie i snowboardowe kreacje...






A to nowość w Ski Amade- wagonik przewożący naraz aż 130 osób czyli G-Link


nasze dzieci



ja i mój cień:)






A tu to wcale nie są jeźdźcy Apokalipsy:)

Zgadniecie co to?

Buziaki przesyłam

Kalinka:)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kalinka