15.09.2014

Keep calm and eat apples


Sprawa jak wygląda- każdy wie, więc nie będę się rozwodzić na tematy ekonomiczno-polityczne, bo nigdy do tej pory tego nie robiłam w blogowej rzeczywistości i postanowiłam konsekwentnie trzymać się swojej zasady.
Ale jak zwykle jesienią jeden post musi być o jabłkach, bo to najpyszniejszy, najzdrowszy owoc na świecie:)  Powodów do jedzenia jabłek jest więc dużo, a obecnie nawet jeszcze więcej...
W każdej postaci- np. klasycznego apple crumble.
To najprostszy jesienny deser- wystarczy szybko zagnieść kruszonkę i zapiec pod nią owoce




Mój ulubiony przepis to taki z płatkami owsianymi (przepis na 8 foremek do zapiekania):

-100 g roztopionego masła
-100 g płatków owsianych
-200 g mąki
-50 g cukru
-cynamon i cukier do posypania owoców

Skladniki kruszonki mieszamy, układamy na owocach i zapiekamy w temperaturze 190 st C przez około 20 minut.
Zwykle podaję crumble z odrobiną lodów waniliowych lub jogurtem (np. brzoskwiniowym)

Jabłka można zastąpić też innymi owocami- np. śliwkami, winogronami itp.

Na FB wrzuciłam zdjęcia tego samego deseru ze sliwkami i ciemnymi winogronami zebranymi z krzewu oplatającego naszą werandę



Buziaki!

Kalinka:)



KEEP CALM and EAT APPLES...


10.09.2014

Potłuczona terakota i inne skarby...


...and The Winner

Hej, hej!
Pewnie czekacie już z niecierpliwością na wyniki giveaway, więc dzisiaj tylko kilka zdjęć z Xi'anu, bo nie mogłam się oprzeć pokusie, żeby nie pokazać Wam m.in. słynnej "Terakotowej Armii", nazywanej "ósmym cudem świata", odkrytej przez chińskich chłopów w 1974 roku w pobliżu miasta Xi'an. Figury 7500 wojowników naturalnej wielkości, z których każda ma inne rysy twarzy, przedstawiające różne emocje, w rożnych bojowych pozach robi niesamowite wrażenie, szczególnie jeśli zdamy sobie sprawę, że wykonano ich około 200 roku p.n.e.













A to Xi'an nocą i spektakularnie oświetlone zabytki "Wieża Bębnów" i "Wieża Dzwonu".






Targowe uliczki w dzielnicy muzułmańskiej i moje chłopaki- z niecierpliwością czekają na zamówione przed chwilą szaszłyki.


Maleńkie szaszłyczki, obok tradycyjnych chińskich pierożków, były naszym ulubionym ulicznym "fast foodem" w Chinach.
Robi je się tam ze wszystkiego: z mięsa, warzyw. owoców, skorpionów itp. Moim zdecydowanym faworytem były szaszłyki z różyczek kalafiora przyprawionego bardzo ostrym sosem sojowym (próbuję odtworzyć ten smak i przenieść go do naszego domowego menu- może mi sie w końcu uda:))


I jeszcze jedna atrakcja z miasta Xi'an: Wielka Pagoda Dzikich Gęsi








I na koniec najważniejsze:

jubileuszowy numer chińskiej edycji magazynu ELLE Decoration
(i niespodziankę)

wylosowała

PATI _ klick

Gratuluję i czekam na maila z adresem

A wszystkim, którym sie tym razem nie udało, bardzo dziękuję za udział w zabawie i pozdrawiam serdecznie

Kalinka


P.S. I to był juz ostatni z "chińskich postów". Jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia z innych miejsc, które zwiedziliśmy w Chinach i Dubaju (mielismy w ZEA bardzo długi stopover, więc przy okazji zobaczyliśmy także to niezwykłe miasto)- zapraszam na mój Instagram




08.09.2014

Last days of summer



Ostatnie dni lata rozpieszczają nas w tym roku piękną, słoneczna pogodą, więc korzystamy z tego skrupulatnie i weekendy spędzamy oczywiście na Kalinkach. Bardzo nam się przydało takie przedłużenie wakacji, które- jak wspominałam- spędziliśmy daleko od domu, na dodatek bardzo intensywnie podróżując i zwiedzając- i w gruncie rzeczy brakowało nam tej letniskowej, leniwej atmosfery. Niespiesznych śniadań; jednej, drugiej, trzeciej kawy; spacerów po okolicy; wylegiwania w łóżku albo na kanapie z książką i kubkiem herbaty...




Na koniec lata i pierwsze dni jesieni (która zbliża się już niestety wielkimi krokami) wybrałam pościel w jeden z moich ulubionych wzorów- paisley, nazywany niekiedy (niesłusznie zresztą) tureckim. Tę piękną pościel i poduszki z chrabąszczem i motylem znalazłam ją przy okazji ostatniej wizyty w IKEA. Nie oparłam sie też pokusie zakupienia świecy o zapachu jagodowych mufinek- pachnie przepysznie:))










Sypialnia doczekała sie też ściennego wieszaka (leżał przez ponad rok w paczce i nareszcie został przykręcony do ściany- w końcu jak mężczyzna obiecuje, że coś zrobi, to zrobi i wcale nie trzeba mu o tym przypominać co pół roku:P)



Książka: podróżnicza. Może Ameryka Południowa? 
Na razie baaaaardzo nierealne marzenie, ale marzenia są po to żeby je spełniać.











Herbatka  ZEN od Lov Organic w ukochanym starym kubku (Lexington)  i drewniana łyżeczka z nowej, jesiennej kolekcji Green Gate (z Ahojhome)



Rattanowe lampiony: Ib Laursen














Miłego tygodnia dla wszystkich... i do zobaczenia 10.09 (będą wyniki Giweaway na które cały czas zapraszam)

Uściski!

Kalinka



04.09.2014

Pingyao i kocie uszy:)



Z komentarzy pod ostatnim postem (za które bardzo serdecznie dziękuję!) wywnioskowałam, że
jeszcze jeden chiński post nie będzie z mojej strony przesadą:) i chętnie poczytacie o naszej wyprawie.
 Dzisiaj więc jedno z najładniejszych miejsc, jakie zobaczyliśmy w Chinach.




Po Pekinie następnym celem naszej wyprawy było oddalone o około 700 km od stolicy nieduże Pingyao, którego główną atrakcją jest stare miasto otoczone zachowanymi w całości murami miejskimi, z domami pamiętającymi czasy dynastii Ming.
Po ponad 9 godzinach podróży nocnym pociągiem z Pekinu rano dotarliśmy na mały, stary dworzec z którego roztaczał sie widok na miasto- zakurzone, hałaśliwie, z rozkopanymi chodnikami i ulicami, w niczym nie przypominające bajecznej urody miasteczka, jakie znaliśmy ze zdjęć z przewodników. Chyba najlepiej ten obrazek scharakteryzował mój małżonek, który po wyjściu z dworca jęknął tylko: Ale Azja!






Przez chwilę staliśmy oniemiali ze zdumienia, ale szybko musieliśmy nawiązać kontakt z rzeczywistością, ponieważ niemal natychmiast pojawiło sie koło nas kilku właścicieli "taksówek", którzy za niewielką opłatą proponowali swoją pomoc. Zmęczeni i niewyspani nie zastanawialismy sie długo i po kilkunastu minutach jazdy znaleźliśmy się w naszym hoteliku na przepięknym starym mieście, które bardzo się różniło tego co widzieliśmy przed chwilą poza murami.
Hotel położony w cichym i spokojnym zakątku, z dużym patio, z obszernymi pokojami, do których wchodziło się z galeryjki udekorowanej chińskimi lampionami był na pewno najfajniejszym miejscem, w jakim mieszkaliśmy w czasie całego naszego pobytu w Chinach.
A genialnie wygodne, tradycyjne chińskie łóżko o szerokości 2,30 m (!) pochodzące właśnie z tego hotelu możecie zobaczyć na moim instagramie- no mam i próbuję się z nim zaprzyjaźnić:)




nr naszych pokoi




A to już Pingyao wieczorem:











Wiekowa zabudowa w tradycyjnym chińskim stylu, urocze, maleńkie sklepiki, klimatyczne knajpeczki z doskonałym jedzeniem spowodowały, że zamiast jednego dnia zaplanowanego na zwiedzanie, zostaliśmy w Pingyao do 3 dni...





Jak już napisałam kuchnia Pignyao, jak zresztą kuchnia chińska w ogóle, jest przepyszna- i nie mam tu na myśli "chińszczyzny" zamawianej u nas na wynos, bo to z prawdziwym chińskim jedzeniem ma niewiele wspólnego:P  Oczywiście jest to kuchnia bardzo różna w różnych regionach tego ogromnego kraju i nie da się sprowadzić jej do wspólnego mianownika, bo w każdej prowincji, czy nawet w każdym mieście są charakterystyczne dania lub składniki potraw decydujące o niepowtarzalności kulinarnych doznań.




W restauracji na zdjęciu powyżej mieliśmy okazje sprobować tradycyjnych dań z Pignyao, które szczególnie chwali się swoimi kluskami



np. tymi gotowanymi na parze podawanymi z ostrym sosem





Doskonała była też wołowina z dużą ilością świeżej kolendry i sałatka ze swieżych ogórków z czosnkiem i sosem sojowym
No i oczywiście "kocie uszy" z tytułu posta, które są niczym innym, jak tylko drobnymi kluseczkami z sosem pomidorowym- patrz: zdjęcie poniżej:)
Czy przypominaja rzeczywiście uszy kota- osądźcie sami:)))



I oczywiście muszę zdementować tutaj plotki, mity i legendy- nikt tam kotów nie je:P
Wprost przeciwnie: tak, jak wszędzie indziej są baaaardzo lubiane:) 







Inne zwierzaki też:)



Nawet burza była wyjątkowa w tym starożytnym mieście 



A to już nasze ostatnie chwile w Pignyao i droga na nowy dworzec kolejowy. To "nowy" podkreślam, bo okazało się, że dworce są tam dwa- ten stary na który przyjechaliśmy i oddalony od niego o dziesięć kilometrów nowy, z którego mieliśmy odjechać do następnego celu naszej podróży.
O tym, że są dwa dowiedzielismy się zresztą dopiero w ostatniej chwili i tylko dzięki uprzejmym "taksówkarzom" spod starego dworca, szybko dotarliśmy do tego właściwego, z którego odjeżdżał nasz pociąg









Takim ultranowoczesnym pociągiem dojechaliśmy w ciągu niecałych trzech godzin do Xi'anu- odległość ponad 500 km, prędkość 200-250 km/h...


A to już Xi'an i kolejny etap podróży... 





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kalinka